Historie wypełniają świat.

Świat, ten nasz – ludzki, zapełniony jest od zarania dziejów, czyli od chwili pojawienia się w nim człowieka, indywidualnymi historiami nas pojedynczych, tych mniej lub bardziej znanych ogółowi, czy też nieznanych szerszemu gronu, a jedynie swojemu otoczeniu. I dopóki istniejemy historie te nadal ustawicznie się dzieją – tu i teraz, tak jak tam i kiedyś, i jak będzie w bliższej przyszłości z nami, a w dalszej z naszymi potomkami. Ale oprócz naszych historii, nierzadko strasznych, bolesnych, chociaż również pięknych i radosnych, mamy do czynienia z historiami zmyślonymi – filmowymi, powieściowymi. Te jednak są inne, bo zamknięte w czasie, ograniczone poprzez swoją długość, niemniej są, istnieją, dopełniając w jakimś zakresie te prawdziwe historie, z naszego życia. Można zatem powiedzieć, że te ostatnie mają swoją minutę, czy też dwie, a potem spokojnie, pogodzone ze swoim losem, idą w odstawkę, leżąc sobie gdzieś na półce i czekając cierpliwie na zainteresowanie jakiegoś potencjalnego amatora. Takimi właśnie historiami – tymi żywymi, jak i zmyślonymi, wypełniony jest cały nasz świat. To jednak, co najciekawsze w tym miejscu, to pytanie, czy nie jest tak, że te opowieści, zmyślone, wykreowane przez artystów, trwają o wiele mocniej i to właśnie one przetrwają o wiele skuteczniej w ludzkiej świadomości i historii, niż te nasze, do bólu prawdziwe?

Myślę, że w jakiejś mierze to właśnie one, te zmyślone i przetworzone przez artystów przetrwają, jak gdyby nigdy nic się nie stało, jakby nikt nie umarł, bo nikt nie żył tylko dla nich, ani dzięki nim, podczas gdy my i nasze realne historie w momencie naszej śmierci zostaną brutalnie przerwane i razem z nami spoczną w grobie. (Niektórzy zostaną naturalnie spopieleni – albo i nie – i rozrzuceni na cztery strony świata.) Bo właśnie tam znajduje się meta naszego życia z napisem – koniec pieśni. Tutaj opowieść się skończy. Cała. Choć z reguły zawsze za krótka.

Ale czy naprawdę nic nie przetrwa? Nic dalej się nie rozwinie, nie potoczy dalej? Wszystko zakończy się w tym nieprzyjaznym, ciemnym, chłodnym i pełnym robaków miejscu? Jeżeli tak, to mogę powiedzieć tylko tyle, że to wprost nieludzkie! Oczywiście, może i boskie, ale nieludzkie! Przecież… przecież…

Tak, wiem, daremny mój bunt, daremne utyskiwanie. W końcu, tak między nami, to życie w takiej formie jaką znamy, jest stanowczo przereklamowane. Więc czy jest sens wymagać od niego czegoś więcej skoro, tak naprawdę, nic tak nie daje tak bardzo w kość, jak właśnie życie. Nierzadko paskudne, odrażające, cierpkie. Nawet śmierć, podejrzewam, obejdzie się ze mną o wiele delikatniej, niż moje własne życie!

Niech to szlag!

12.05.2019 r.

Śmierć – samo życie!

Dwóch kumpli ze szkoły średniej spotyka się przypadkowo w jakimś nie do końca konkretnym miejscu.

Waldek: Staszek?

Staszek: Waldek?!

Waldek: Kurcze! Kopę lat minęło, a ty, mam wrażenie, w ogóle się nie zmieniłeś?

Staszek: Tak – tak, gadaj zdrów.

Waldek: Ale naprawdę! W końcu bez problemu cię rozpoznałem, a minęło przecież… Ile to już lat…?

Staszek: Będzie blisko pół wieku, Walduś.

Waldek: No sam przyznasz – pięćdziesiąt lat szlag trafił, a ja jakbym cię widział wczoraj. Patrz, jak ten czas zapieprza. Ale gadaj, co u ciebie? Pewnie emeryturka, wnuki…

Staszek: Nie powiem, zdarzyło się. Ale, tak po prawdzie, nie ma o czym mówić. To, co najlepszego miało się wydarzyć, już się zdarzyło i szlus. Sam dobrze wiesz. Ale co tam ja – mów, co u ciebie?

Waldek: Ja? Żyję, Stasiu – i to najważniejsze. Bo to rarytas. W końcu święty Pietrek zaczął brać z naszej półki, psiakrew!

Staszek: To znaczy?

Waldek: A choćby Wojtusia sobie wziął, psia jego mać!

Staszek: Nie mów, że Wojtek nie żyje. Ale jak?

Waldek: Samochód go trzepnął na pasach. Jakiś pijany skurwysyn…

Staszek: A, daj spokój z tymi bandziorami za kółkiem. Zwykli zabójcy, a traktuje się ich z przymrużeniem oka, jakby śmierć pod kolami była czymś innym od śmierci nożem, czy innym narzędziem. Draństwo i tyle.

Waldek: Sławek też nie żyje.

Staszek: Cholera! A z tym, co znowu?

Waldek: Utopił się. Stara historia. Niedługo po szkole to się stało. Zresztą, Jolka też nie żyje – raczysko ją zżarło.

Staszek: Taka piękna dziewczyna. Kochałem się w niej.

Waldek: Nic dziwnego, każdy się w niej kochał. To znaczy każdy heteroseksualny. Bo wiesz, pamiętasz Jarka – ten od zawsze wolał chłopaków. Niestety, on też nie żyje. AIDS.

Staszek: Kurwa, rzeczywiście śmierć hasa po naszej półce.

Waldek: Tak, Stasiu – śmierć, to samo życie. Samo życie!

19.03.2019 r.

Pokraczna Solidarność.

Polska, jak wiadomo, jest miejscem, gdzie w latach 80-tych zrodził się związek zawodowy, dzisiaj już właściwie mit, pod nazwą Solidarność – związek, który w swoich początkach skupiał około dziesięć milionów Polek i Polaków!

Dzisiaj należy do niego jakaś niewielka garstka ludzi. Nie dlatego jednak, że wszyscy odeszli na emeryturę lub pomarli, raczej dlatego, iż dzisiejsza Solidarność to zwykłe popłuczyny po przeszłości, więc ludzie są zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwi z angażowaniem się w ruch związkowy.

To, czym stała się Solidarność dzisiaj, miało kilka przyczyn. Najważniejszym, po transformacji ustrojowej, było, niestety, jego zaangażowanie się w działalność polityczną – przed czym od początku lat 90-tych przestrzegał Lech Wałęsa! – czego kwintesencją było sterowanie rządem Jerzego Buzka (lata 1997-2001) przez Mariana Krzaklewskiego, przewodniczącego właśnie owego związku. Jak się rządy Akcji Wyborczej Solidarność skończyły, wiadomo, więc przypominał nie będę. Ale jako że nie wyciągnięto z tej historii właściwej lekcji, więc dzisiaj błąd się powiela, z tą jednak różnicą, że zamiast wpływać na rząd tak jak wówczas, teraz związek pod przewodnictwem pana Dudy (niestety, w ostatnich latach to nazwisko szczególnie nas prześladuje, jakby w myśl zasady, że nieszczęścia chodzą parami, bo człowiek o takim właśnie nazwisku pełni również obowiązki prezydenta) przypomina raczej jedynie zgraję klakierów obecnego rządu.

Oprócz powyższego jego przedstawiciele mają również na sumieniu inne grzechy, choćby ten ostatni, gdy wręcz idiotycznie zaangażowali się w obronę nie tylko nieżyjącego księdza Jankowskiego – osobnika na którym ciąży zarzut pedofilii, a także współpracy w latach 80-tych ze Służbami Bezpieczeństwa – ale również w obronę jego pomnika! Natomiast ustami wiceprzewodniczącego pomorskiej Solidarności Karola Guzikiewicza, chociaż dla mnie bardziej zwykłego pyskacza niż działacza tego związku, wyartykułowano bezrefleksyjnie, iż pomnik ten i tak wróci na swoje miejsce w chwili, gdy tylko zmienią się władze samorządowe Gdańska. Na to oświadczenie odpowiem krótko: to nie tylko brawurowy tupet, to zwyczajnie bezmyślna i bezczelna głupota! Ot i wszystko.

Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, co do obecnego związku zawodowego Solidarność, to powiem tylko tyle: to właśnie takie głupie postawy przedstawicieli owego związku doprowadziły go do tego miejsca, w którym się w chwili obecnej znajduje, czyli do ciemnej d.

Solidarność, ta sprzed prawie 40-tu lat, to dzisiaj jedynie wspomnienie. Piękne, tyle, że należące już tylko do przeszłości.

 

15.03.2019 r.

A może jest tak?

       Różnie się mówi o Kim Dzong Unie, podobnie zresztą jak i o Donaldzie Trumpie. O ile jednak ten ostatni ma jedynie ciągoty dyktatorskie, o tyle ten pierwszy jest dyktatorem – realnym dyktatorem państwa odizolowanego od reszty świata, które do niedawna straszyło cały świat użyciem bomby nuklearnej.

       Jakiś czas temu ta ostra retoryka osłabła na rzecz chęci współpracy – dogadania się ze Stanami Zjednoczonymi w zamian za zniesienie sankcji nałożonych na Koreę Północną, co z całą pewnością zadowala nie tylko cały pokojowo nastawiony świat, ale również Koreańczyków z Południa. Z drugiej jednak strony są tacy, którzy w tak złagodzonej postawie politycznej przez Pjongjang dostrzegają raczej kunktatorstwo Kim Dzong Una i słabość USA, czyli chodzi przede wszystkim o oszukanie partnera. Jak jest naprawdę? – nie wiadomo. Myślę jednak, że może być tak:

       Przychodzę na świat w takim właśnie państwie jak Korea Północna. Dziedziczę w spadku po dziadku i ojcu satrapię komunistyczną z obozami śmierci, milionową armią i całą represyjną machiną. Uczę się na Zachodzie, wiem, jak wygląda demokratyczny świat i życie w wolnym społeczeństwie. Gdy kończę naukę, wracam do kraju, gdzie po śmierci ojca obejmuję rządy. Wiem jedno: nie mogę tak naprawdę zatrzymać z dnia nadzień machiny represji. Naturalnie, chciałbym zmienić swój kraj, wprowadzić zmiany, ulżyć rodakom w ich niedoli, ale zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę jestem bezsilny, ponieważ nie dysponuję żadną realną siłą. Stoję, co prawda, na czele państwa, ale w zasadzie jestem zakładnikiem potwornego dziedzictwa – zakładnikiem systemu zniewolenia, trwającego od dziesięcioleci. Pytanie zatem, jakie musi się tutaj pojawić, brzmi: co mogę zrobić i w jakiej perspektywie czasowej?

       Myślę, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest gra na zwłokę i umiejętnie pozyskiwanie zaufanych ludzi do przeprowadzenia zmian w kraju. Ale takich ludzi, którzy nie zdradzą! Niestety, taki plan musi trochę potrwać, dlatego jestem postrzegany przez świat tak, jak ogólnie postrzegana jest od dawna Korea Północna, co w zasadzie nie powinno nikogo dziwić. Mnie nie dziwi.

       Czy tak właśnie jest w przypadku Kim Dzong Una? – nie mam zielonego pojęcia. Niewykluczone jednak, że tak właśnie jest. Dlatego jedynym sposobem, aby to sprawdzić jest czas i wyciągnięcie pomocnej ręki do przywódcy Korei Północnej. Czy taka polityka okaże się trafna? Czas pokaże.

       12.03.2019 r.

Jesienny spacer.

Wyszedłem z domu pospacerować. Tak dla zdrowotności. Mimo jesieni było słonecznie, ciepło, więc po co siedzieć w domu – pomyślałem – lepiej efektywnie wykorzystać ostatnie promienie słońca. Dla podładowania energii własnego ciała – choćby i szczelnie osłoniętego ubraniem.

Więc tak sobie idę, rozmyślam leniwie o tym, co powinienem zrobić w najbliższym czasie, jaką książkę przeczytać, co napisać, gdy nagle taka myśl się pojawia: dlaczego by nie nawiązać jakiejś nowej znajomości. Tym bardziej, że pogoda sprzyja tego typu zdarzeniom.

Ledwie o tym pomyślałem, gdy uświadomiłem sobie, gdzie jestem: przez to moje zatopienie się w myślach nawet nie zauważyłem, że znalazłem się całkiem niepostrzeżenie w okolicach cmentarza. No tak, tylko że w tym miejscu, nie wiem jakbym się mocno starał, raczej nie spotkam kogoś atrakcyjnego i szczególnie żywotnego: wszystkie dziewczyny, które tam się znalazły, były dla mnie zbyt sztywne! A jako że już dochodziła trzecia godzina tego mojego bezcelowego wałęsania się, więc stwierdziłem, że pora wracać do domu. I wtedy, wtedy się obudziłem!

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to – dlaczego śnił mi się akurat cmentarz? Ani nie byłem w ostatnim czasie na żadnym pogrzebie; ani taki nie szykował mi się w najbliższym czasie, więc… A może… Tfu, na psa urok! Odgoniłem przygnębiające skojarzenia, nie chcąc wywoływać niepotrzebnie wilka z lasu. Tym bardziej przyszło mi to łatwo, że zza ściany dobiegły do mnie debilne słowa piosenki discopolowej, które w żaden sposób nie sprzyjały filozoficznym rozmyślaniom:

Dałabym ci, dała, kudłatego ciała,

Aleś ty paskudny oberwałbyś kudły

Mimowolnie uśmiechnąłem się. I nagle, mając w pamięci sen, a także słowa niniejszej piosenki, pojawiła się u mnie, jakby Ferdek Kiepski powiedział – fizjonomiczna, czy też fizjologiczna myśl: co jak co, ale dziewczyny powinny dawać chłopakom jak najszybciej, bo tak szybko przecież odchodzą! I z tą myślą, właśnie fizjonomicznie-fizjologiczną, powędrowałem do kuchni przygotować sobie poranny posiłek. Najwyraźniej nocny spacer całkiem nieoczekiwanie zaostrzył mi apetyt.

04.03.2019 r.

Stało się.

Wczoraj dostałem e-maila od niniejszego portalu, w którym poinformowano mnie o jego likwidacji z końcem kwietnia i że jeżeli chcę zachować to wszystko, co się tutaj ukazało na przestrzeni siedmiu lat (tyle już tutaj ciułam słówko do słówka), mogę przenieść na inną platformę blogową.

Przyznam, że wyprzedzono mój ruch, ponieważ od dawna zamierzałem to zrobić i uczyniłbym to znacznie wcześniej, tyle tylko, że pojawiły się problemy techniczne. To jednak nieistotne, ważne, że zapowiedź niniejszego portalu jest niezwykle kompatybilna z moimi planami.

Miałem zamiar, ba – nawet napisałem, dlaczego tak właśnie jest, jednak po chwili namysłu zrezygnowałem. Powrócę jednak do tematu w kwietniu. Dzisiaj, niejako na przednówku, będzie refleksyjnie.

Refleksja pierwsza: Rzeczpospolita zamieściła właśnie wyniki sondażu na temat usunięcia pomnika księdza Jankowskiego z przestrzeni publicznej w Gdańsku. Zrobili to, dzieląc poddanych badaniu na grupy niejako polityczne, bo na sympatyków poszczególnych partii. I tak wyszło, że wszyscy potencjalni wyborcy od PiS-u począwszy, poprzez Kukiz’15, SLD, a na PSL-u kończąc, w większości opowiedzieli się z pozostawieniem pomnika na swoim miejscu. Jedynie z tego chóru adoratorów gdańskiego pedofila wyłamała się, i to niezwykle zdecydowanie, Wiosna R. Biedronia. Czego to dowodzi? Myślę, że przede wszystkim dwóch rzeczy: pierwsza to taka, że bardzo dobrze zrobił R. Biedroń, że nie wszedł w żadną tak naprawdę osłabiającą go koalicję, a po drugie – ten sondaż pokazuje głupi, kołtuński i wychodzi na to, że wręcz niereformowalny polski katolicyzm.

Niech to szlag!

Refleksja druga: Na szczęście jest też tak, że mimo fatalnej postawy większości ludzi nie stoimy w miejscu jako ludzkość, że jednak kroczymy do przodu. To oczywiście zasługa mniejszości, tych pojedynczych mocnych indywidualności, którzy wbrew ogólnemu trendowi prą pod prąd i to niezależnie od konsekwencji. Właśnie nie z tłumem, razem, w bezmyślnym pochodzie, ale właśnie wbrew niemu!

Tacy ludzie są solą każdego społeczeństwa, tacy ludzie mają jedną wspólną cechę: widzą i czują więcej. Mają świadomość, że pochód, jakikolwiek i gdziekolwiek by on nie podążał, to zawsze nieprzebrane wręcz mrowie głów, przy jednoczesnym jednak deficycie rozumu, który gwarantowałby właściwy kierunek owego pochodu. Dlatego właśnie pojawiają się oni, żebyśmy nie brnęli w jakimś straceńczym pochodzie niczym barany nad brzeg jakiejś przepaści. Bo mimo że demokracja to właśnie rządy wybierane przez większość, to jednak, co paradoksalne, owa większość z reguły nie ma racji! Tyle że, jak dotąd, nie wymyślono niczego lepszego niż rządy demokratyczne. Dlatego winniśmy wielbić, i to po tysiąckroć, demokrację! A następnie, w jej ramach naturalnie, winniśmy zrobić jesienią porządek na własnym podwórku.

Refleksja trzecia i ostatnia: Z Rosją z jednej strony powinno się bez wątpienia rozmawiać, z drugiej jednak – należy wyobrazić sobie wszystko to, co najgorsze i niemożliwe do uczynienia przez ten kraj i jednocześnie przygotować się na realizację takiego właśnie fatalnego scenariusza.

Na koniec refleksja prywatna:

Nie wiem, czy moją ostatnią miłość można skwitować tak jak poniżej, niemniej jakąś w ten sposób właśnie można: z dużej chmury mały deszcz, z małej miłości – wielka nienawiść.

27.02.2019 r.

Komu to potrzebne?

         Pewni ważni politycy izraelscy, dokładnie premier B. Netanjahu, a także obecny szef MSZ tego państwa I. Katz, wypowiedzieli ostatnio sporo głupstw pod naszym adresem, tzn. pod adresem wszystkich Polaków. I to bez wyjątku! Gdyby pan I. Katz był przyzwoitym człowiekiem i usłyszał wcześniej to, co publicznie powiedział, miałby zapewne porządnego kaca. A przynajmniej powinien mieć. Niestety, ludzie mówią dużo głupstw wcześniej niż sobie dokładanie to przemyślą, więc mamy do czynienia wcale nierzadko z takimi właśnie kwiatkami jak w ostatnim czasie w relacjach Polska – Izrael.

Że wszelkie uogólniania są zdradliwe, przekonywał nikogo nie będę, bo to pewnik, powiem tylko tyle, że obaj panowie zarzucając nam antysemityzm wyssany – jak to określił I. Katz – z mlekiem matki, okazują swój skrajny wręcz idiotyzm i złą wolę. I nic tego nie tłumaczy – ani zbliżające się wybory do Knesetu, ani tym bardziej bardzo marny, wręcz ułomny stan świadomości historycznej obu panów. Bo wystarczyłoby przejść się tylko do ich muzeum Yad Vashem w Jerozolimie, żeby przekonać się naocznie, jak naprawdę wyglądał nasz antysemityzm.

Dlatego odpowiem tym panom w ten sposób:

tak, jesteśmy antysemitami, tyle, że w takim samym stopniu jak Niemcy są nazistami, a Amerykanie rasistami;

tak, Polska jest największym cmentarzem Żydów europejskich. Tylko trzeba pamiętać, dlaczego! A odpowiedź jest niezwykle prosta: Otóż jesteśmy największym cmentarzem żydowskiej diaspory, ponieważ tutaj, w tym kraju mieszkała większość europejskich Żydów. A mieszkała dlatego, że w tym miejscu na ziemi znalazła bezpieczne schronienie! I ponieważ tutaj dokonał się holocaust tego narodu! Ale nie dokonany przez Polaków, którym za pomoc Żydom groziła śmierć – i to nie pojedyncza, ale całych rodzin! – a przez Niemców pod przywództwem Adolfa Hitlera! I o tym ci, którzy próbują oskarżać cały naród Polski, łącznie ze mną, powinni pamiętać!;

tak, jesteśmy antysemitami, którzy pomagali wielu Żydom przetrwać czas wojny, również bez szczególnej chwały, bo za pieniądze, ale też należy pamiętać, że to my zaopatrzyliśmy ich w broń, kiedy ci wystąpili zbrojnie przeciwko Niemcom w powstaniu w getcie warszawskim.

            Mógłbym w tym miejscu powiedzieć za Albertem Einsteinem, ludzka głupota nie zna granic, tyle że takie postawienie sprawy niezmiernie spłyciłoby problem. Bo trzeba ogromu złej woli, a także niewiedzy, żeby wypowiadać takie bzdury, jakie wypowiadają dzisiaj czołowi politycy Izraela.

Na koniec powiem tak: pomijając nawet to wszystko, o czym wspomniałem wyżej, należy też pamiętać o ojcach założycielach państwa żydowskiego, którzy przeszli gehennę drugiej wojny światowej. A ci, tak się składa, mieli w większości korzenie polskie i jakoś sobie nie przypominam, żeby wszystkich Polaków określali tak, jak to zrobili do spółki B. Netanjahu i I. Katz.